Przekleństwo głodu
Kalira położyła na ziemi upolowanego wcześniej dzikiego ptaka. Mimo, że mogła go przyrządzić nad ogniskiem i w ten sposób złagodzić głód, zdecydowała się tego nie robić. Posiłek przygotowany z niego byłby mały i tak naprawdę średnio pożywny. Nie starczyłoby dla niej, a podróżujący z nią Vorbis i Selhar też byli głodni. Dlatego zdecydowała się działać inaczej.
Po odpowiednim umiejscowieniu przynęty na otwartej przestrzeni, schowała się w pobliskich krzakach. Będąc w pewnej odległości, w ten sam sposób schowali się Vorbis i Selhar. Spojrzała na nich porozumiewawczo, po czym z kieszeni płaszcza wyciągnęła malutką fiolkę. Wylała sobie zawartość na dłoń i dokładnie wysmarowała całą odsłoniętą skórę. Gdy to już zrobiła w jej ręce trafiła kolejna fiolka. Płyn, który się w niej znajdował wylądował na ubraniu i butach.
— Teraz wystarczy chwilę poczekać — pomyślała.
Minęła jedna chwila. Potem kolejna – dłuższa. Potem następna… i następna.
Nagle usłyszała szelest. Nie zdążyła do końca przetworzyć informacji, gdy z zarośli wypadł warcząc wielki wygłodniały wilk. Rzucił się w kierunku padliny. Kalira bardziej wyczuwając, niż wiedząc, że nie zarejestrował jej obecności, w ciągu ułamku sekundy zerwała się i wystartowała w jego kierunku. Bestia dała się zaskoczyć, ale jej wyczulone zmysły odpowiedziały natychmiast. Obróciła się i wyszczerzyła swoje długie i ostre jak miecz wysokiego inkwizytora zęby.
Dla Vorbisa i Selhara był to sygnał do natarcia. Równie prędko wyskoczyli ze swojej kryjówki i tak samo sprawnie podcięli tylne ścięgna nóg wilka. Bestia zawyła koszmarnie, po czym rzuciła się w kierunku Kaliry. Ta wykonała szybki unik. Ostry kieł minął ją na milimetry, jednocześnie nadrywając część jej spodni. Odpowiedziała atakiem. Chybił. Wtedy przez ułamek sekundy spojrzała w żółte spragnione śmierci oczy bestii.
Zanim ten widok zdążył się utrwalić w jej pamięci, nagle wilk odwrócił pysk w stronę pozostałych napastników, a Kalira poczuła na sobie siłę tylnej łapy, która mimo poważnej rany dalej była niezwykle niebezpieczna. Została odepchnięta, ale udało się jej utrzymać równowagę.
Selhar nie miał tego szczęścia, bo potknął się o wystający z ziemi korzeń. Vorbis zareagował, zanim wróg zdążył wykorzystać okazję i stanął pomiędzy wilkiem a Selharem z ostrzem wyciągniętym czubkiem w stronę zwierzęcia. Selhar w tym czasie zdążył wstać.
Teraz cała trójka krążyła wokół bestii, a ona co chwilę rzucała się w stronę, któregoś z inkwizytorów. Gdy to robiła, z sytuacji korzystał człowiek znajdujący się akurat z tyłu tnąc ją mieczem po grzbiecie.
Spektakl ten trwał przez dłuższą chwilę. Gdy nagle stworzenie nie bacząc na obrażenia rzuciło się w stronę Selhara powalając go i przyciskając do ziemi.
— Kurwa pomóżcie mi! — krzyknął.
Zarówno Vorbis, jak i Kalira zaatakowali wilka wbijając mu swoje ostrza głęboko w rejon podbrzusza. Ciemna gęsta posoka spłynęła na ciało Selhara. On ostatkiem sił utrzymywał jego pysk kilka centymetrów od swojej tętnicy. Jego oddech stał się pospieszny i płytki. Kątem oka widział, coraz zmieniające pozycję ostrza współtowarzyszy. Następnie poczuł duży ciężar na całym swoim ciele.
— Udało nam się! — dotarł do niego entuzjastyczny okrzyk Kaliry.
Gdy te słowa wybrzmiewały, Selhar wygrzebał się spod ciężkiego jeszcze dyszącego ciała zwierzęcia. Spojrzał mu głęboko w oczy. Wziął sztylet i nie spuszczając wzroku, wbił go głęboko w oczodół.
Vorbis przyglądał się tej scenie z nutą zaciekawienia, a jednocześnie lekkiej niewypowiedzianej pogardy, a może i obrzydzenia.
— Ofiarujmy tę walkę Pradawnemu. To dzięki jego łasce i opiece po raz kolejny będziemy mieli czym się pożywić — powiedział Vorbis. — Selhar nie zanieczyść brudnymi intencjami naszego posiłku. Taka zbyteczna brutalność odejmuje mu świętości.
Selhar pokiwał głową ze zrozumieniem.
— Zawsze jestem pełna podziwu, jak bardzo małe wrażenie na was robią takie starcia — stwierdziła Kalira, patrząc, jak Selhar przeciera sztylet.
— Nie zginęliśmy. To znaczy, że Pradawny ma dla nas jakiś plan. Jakbyśmy zginęli, znaczyłoby to, że taka była jego wola — wytłumaczył Vorbis. — Tylko tyle.
— Raczej aż tyle — dodał szorstko Selhar.
Gdy wszyscy ogarnęli rynsztunek po zaciekłej walce. Nadszedł czas na ognisko. Kalira wraz ze Selharem zdarli skórę z części wilka, by następnie wyciąć, co lepsze kawałki mięsa. Vorbis je oczyścił. Po czym nabił na kilka gałęzi i przyrządził je nad ogniskiem. Zanim je zdjął znad ognistych języków uklęknął przed paleniskiem i zmówił modlitwę i dokładnie posypał mięśnie wilka zielonkawo-brązowym proszkiem. W ten sposób przygotowane pożywienie powinno im wystarczyć na resztę drogi do Sawafiru.
— Wiecie co? — powiedziała Kalira. — Naprawdę was podziwiam.
Po tych słowach nastąpiła chwila gęstej jak poranna mgła ciszy.
— Nie powinnaś obdarowywać czcią istot ziemskich — powiedział Selhar.
— To nie tak. To nie cześć. Po prostu szanuję to, że jesteście naprawdę dobrymi wojownikami. Podziwiam wasze umiejętności – czas reakcji, percepcję, spryt — odparła Kalira.
— Mhm — zakończył temat Selhar. W tym czasie Vorbis wyciągnął mapę z plecaka i tak samo, jak i jego druh nie zwrócił uwagi na Kalirę. — Co ciekawego znalazłeś na tej mapie?
— Moglibyśmy na chwilę zboczyć z głównego traktu i zajść do tej małej wsi. Z tego co widzę, to chyba jest to Targul — powiedział Vorbis.
— Jaki może być powód byśmy nadkładali drogi i opóźniali złożenia świadectwa? — zapytał podejrzliwie Selhar.
— To biedny region, a my mamy odrobinę więcej jedzenia niż potrzebujemy. Nie powinniśmy marnować tego, co dała nam natura i co powierzył nam Pradawny. Zajdziemy do Targul i przekażemy kilka porcji dla lokalnej parafii. Kaznodzieje powinni wiedzieć komu je przekazać — odpowiedział Vorbis. — Z tego, co widzę po twojej minie Selhar, to mój pomysł niezbyt przypadł ci do gustu.
— Według mnie w tym, co chcesz zrobić wcale nie ma woli Pradawnego. Chcesz zmienić zasady lokalnej harmonii. Być może obdarujesz jedzeniem kogoś, kto brakiem żywności odrabia pokutę – skontrował Selhar.
— Wierzę, że kapłani będą sprawiedliwi w udzielaniu pomocy — odparł Vorbis.
— Ta wiara może być zgubna — stwierdził Selhar.
— Tak mi podpowiada Pradawny — odpowiedział Vorbis.
— Tak ci podpowiada twoje własne sumienie, a zasady, to zasady — Selhar szedł dalej w zaparte.
Zapadła krótka cisza, którą przerwał Selhar.
— Zapędziłem się. Przepraszam. Ufam twojemu osądowi.
— Ufasz woli Pradawnego — skorygował go Vorbis.
— Tak. Masz rację — potwierdził Selhar kierując z wyczuwalną skruchą swój wzrok ku ziemi.
— Według mnie pomysł Vorbisa jest naprawdę dobry — spuentowała całą konfrontację Kalira.
— Dziękuję — odparł Vorbis.
Spakowali mięso. Zebrali swoje rzeczy i wyruszyli do Targul. Szli tam około 5 godzin. Czas wymierzyli obserwując drogę słońca po nieboskłonie. Lata treningu nauczyły ich robić to z nieosiągalną dla zwykłego człowieka precyzją, wynoszącą kwadrans pola błędu.
Po tym czasie wyszli z gęstwiny na otwarte pole. Jednak dalej z każdej strony słychać było delikatny szum płynącej wody. Ziemia w większości była bagnista i jałowa. Nie pozwalała na zagospodarowanie zbożami, czy innymi gatunkami roślin zdatnymi do uprawy.
Trakt, którym się poruszali miał cechy swojego otoczenia. Droga była wąska, mokra, grząska i śliska. Nie pozwalała na komfortową i szybką podróż.
— Jak ludzie mogą żyć w takim piekle? — zapytała szczerze Kalira.
— Życie w takim miejscu umacnia wiarę — stwierdził Selhar. — Widzisz Kalira… Bardzo łatwo jest wierzyć, gdy wokół siebie masz względny dostatek. A może być on nawet w postaci suchej pogody. Ta wilgoć pomaga rozprzestrzeniać się złu. Ludzie tutaj szybko tracą oddech. Pochłania ich grzyb. Nawet kilka dni bez dachu nad głową może się tu skończyć tragicznie, a drewno, którymi obdarowują ludzi tutejsze lasy samo w sobie jest miękkie, giętkie i kruche. Domy wymagają regularnych napraw… Uwierz mi… Życie tutaj to wielki test wiary.
— Dużo wiesz o tutejszym bytowaniu – powiedziała Kalira.
— Dużo wiem, bo Vorbis jest z północy. Nie raz mi o tym opowiadał, ale sam niechętnie się dzieli tym co tu przeżył — odpowiedział Selhar, szturchając lekko Vorbisa.
W odpowiedzi Vorbis się tylko lekko uśmiechnął.
Kilka minut później inkwizytorzy dotarli do malutkiej miejscowości. Mieszkało tam może z kilkadziesiąt osób. Aż dziwne, że temu punktowi na mapie nadano nazwę, bo widać było tu zaledwie kilkanaście małych, ciasnych i rozpadających się domów.
W samym centrum Targul widniał niewysoki drewniany kościół – w stanie wyraźnie lepszym niż jakikolwiek inny tutejszy budynek. Deski z których był wykonany ewidentnie nie były najwyższej jakości, ale też się nie rozpadały. Nie były pokryte grzybami, pleśnią i porostami.
Gdy mieszkańcy spostrzegli zbliżających się gości, wyszli zaciekawieni ze swoich domów, obserwując bacznie każdy ich krok. Jeden z nich zdecydował się nawet podejść do przybyszów.
— Dobrzy ludzie, niech Pradawny błogosławi wasze przybycie. Co wy tu robicie? — Zapytał mężczyzna o nieokreślonym wieku z twarzą, która mieszały rysy młodego człowieka, ze starcem. Jego ręce były całe popękane w pęcherzach, a postura była jawnie starcza.
— Musimy rozmawiać z waszym kaznodzieją. Gdzie go zastaniemy? — zapytała Kalira.
— Oczywiście, że w świątyni — odpowiedział mężczyzna. Mówiąc to wskazał palcem w stronę drewnianego kościoła.
— Dziękujemy… — ledwo skończyła Kalira, gdy nieznajomy złapał ją za ramię.
Przyciągnął lekko do siebie i powiedział jej na ucho, ale wcale nie szeptem — Błagam pani. Od trzech dni nic nie jadłem. Proszę, jeśli masz chociaż garść okruchów, daj mi ją! Błagam! — jednocześnie coraz mocniej zaciskał na niej swoją dłoń.
Kalirę szczerze zaskoczyła sytuacja. Stała jak sparaliżowana. Gdy jeszcze zbierała myśli zareagował Selhar.
Podszedł do obcego i lekko go odepchnął. — Wracaj do modlitwy człowieku. Swoim zachowaniem tylko wywołasz gniew Boga. Jesteś głodny nie bez powodu. Pamiętaj, że Pradawny ma co do ciebie plan — wycedził przez zęby Selhar.
— Drogi panie. Co mi z boskiego planu, skorom głodny i umierający — odrzekł mężczyzna. — My tutaj wszyscy cierpimy drogi panie. Wydaje się, że wszyscy odpokutowaliśmy nasze winy. Myślimy, że wszyscy mamy czyste sumienia. Zła nie wyrządzamy. Ofiarę składamy, a bliźnim zawsze pomagamy — dodał.
— Widocznie taka jest wasza droga, ku prawdzie — odrzekł Selhar.
W oczach rozmówcy widać było rosnące oburzenie. Widząc, w którą stronę idzie dialog Vorbis postanowił zareagować.
— Drogi wierny, właśnie niesiemy dary do waszego proboszcza, by ten sprawiedliwie je rozdzielił między najbardziej potrzebujących. Przepuśćcie nas proszę.
Obcy mężczyzna słysząc to, złagodniał i odpuścił ramię Kaliry. Ta z kolei nie mogła się określić, czy jest pochłonięta złością za to, że ten śmiał dotknąć członka pomniejszej inkwizycji, czy bardziej może przeważa w niej współczucie do tego człowieka, który żyje w faktycznej beznadziei.
Gdy doszli do kościoła ich oczom ukazał się solidnej postury osobnik klęczący przed małym kamiennym ołtarzem.
— Chwała Pradawnemu! — powiedział szczerze i donośnie Vorbis.
— Chwała mu! — odpowiedział kaznodzieja.
— Widzę, że w regionie panuje wielka bieda — skomentował Vorbis.
— Ano panuje — odrzekł od niechcenia obcy.
— Przynosimy kilka porcji mięsa, byście panie mogli obdarować nim najbardziej potrzebujących z waszej miejscowości — rzekł Vorbis.
Kapłan spojrzał na trójkę rozmówców i zmierzył ich surowym wzrokiem od stóp do głów.
— Czego tutaj tak naprawdę szuka pomniejsza inkwizycja? — zapytał.
— Najwidoczniej sprawiedliwości — odparł szorstko Selhar, odwzajemniając oceniające spojrzenie proboszcza.
Swój wzrok zatrzymał na niepasującym do miejscowych warunków nabrzmiałym brzuchu kapłana. Po czym powiedział nie spuszczając z niego wzroku — Jak udaje się waszej świątobliwości zachować tak dobrą tuszę przy takich warunkach bytowania?
— Czy osoba o randze inkwizytora powinna oceniać ciało człowieka, nie znając jego żarliwości i oddania prawdzie? — odpowiedział pytaniem na pytanie kaznodzieja. — Tak naprawdę odpowiedź jest prosta. Złe warunki nie zawsze prowadzą do świętości. Ci ludzie tutaj dużo grzeszą i dużo pokutują. Winni są przede wszystkim wielkiej zazdrości. Zjada ich też strach przed lokalną fauną, przez co rzadko kiedy mają odwagę polować, a też grzeszą narzekaniem. Nie potrafią zjednoczyć się z prawdą, którą oferuje im Pradawny.
— Przecież mieszkańcy nie mają szans z fauną północy — wtrącił Vorbis.
— Śmierć to przecież nie grzech, co innego strach przed zjednoczeniem z Pradawnym — zripostował kaznodzieja.
— Co jest ich pokutą? – dopytał Vorbis.
— Nic ostrego, ani strasznego. Muszą się tylko podzielić tym czego mają mało, czyli jedzeniem — odpowiedział kapłan.
— Z kim? — zapytał Vorbis.
— Zgodnie ze słowem Pradawnego, z kimś w stanie łaski uświęcającej — odpowiedział proboszcz.
— No tak, czyli z tobą — stwierdził Selhar, nadal adresując słowa w kierunku brzucha rozmówcy.
— Tak, ze mną. Ja im nic nie karzę. Sami wiedzą, co mają robić. Sami przychodzą. Nie chcą podpaść Pradawnemu. Doskonale wiedzą, co im grozi za niestosowanie się do zasad i że możliwy jest los gorszy od śmierci z głodu — wyjaśnił kaznodzieja. — Zresztą motywuje ich do tego także i strach niezwiązany z wiarą. A jest to obawa przed tym, do czego sami byliby zdolni gdyby podążyli za swoimi instynktami. Jak sami zauważyliście – oni są słabi. Z fauną nie mają szans, ale inni ludzie nie stanowią takiego zagrożenia – a na pewno nie miejscowi.
Wziął zawiniątka z mięsem wilka z dłoni Vorbisa. Po czym dodał — nie martwcie się. Rozdam je sprawiedliwie. Wiem, jak wyglądam. Rozumiem, że nie do końca mi ufacie, ale jestem sługą Pradawnego. Jestem uczciwy.
Inkwizytorzy spojrzeli po sobie i zgodnie opuścili kościół.
Komentarze
Prześlij komentarz