Krwawa próba
Zazwyczaj jednak nie było ich widać, bo przestrzeń była prawie całymi dniami zajęta przez wyznawców Pradawnego. Było to jedyne miejsce w całym Sawafirze, gdzie mogli się tak tłumnie zbierać ludzie. Samo miasto nie oferowało żadnych publicznie otwartych dużych placów, parków ani innych miejsc, gdzie mieszkańcy mogliby odpoczywać. Było za to pełne przytłaczających, wąskich brukowanych uliczek i stosunkowo wysokich, czteropoziomowych kamienic ciągnących się niemal bez końca wzdłuż nich.
Całe miasto było pochłonięte w stałej ciemności. Plac świątynny był wyjątkiem od tej reguły. Było tam zauważalnie jaśniej – w końcu mogły tam dotrzeć promienie słońca, a jego wyższe położenie odcinało go od nieprzyjemnych zapachów metropolii.
Panowała tam atmosfera nadziei, podsycana dodatkowo przez głosy kapłanów i kaznodziei, którzy z ulokowanych w strategicznych miejscach ambon głosili prawa Pradawnego.
— …i wtedy rzekł on swojemu synowi: będziesz pilnował męstwa mojego ludu, będziesz dbał o jego pracowitość, będziesz głosił mu moje prawa. Tym, którzy zasłużą czynami i swoim życiem na twoją łaskę, objaw prawdę o mnie. Daj im mnie poznać. Dopuść ich do mnie, a ja zachowam ich esencję w wiecznej błogości. Natomiast tym, którzy są oporni, leniwi i miłują wyłącznie siebie samych, musisz stworzyć sposobność do wrócenia na ścieżkę prawa. Pokaż im, jak może wyglądać świat beze mnie. Odsłoń ich na działanie pierwotnej natury i rzeczywistości. Z kolei tym, którzy głoszą o mnie nieprawdę, przekręcają moją wolę i sprawiają niezasadne cierpienie, nałóż pokutę, która odda im krzywdę, którą sami wyrządzili — dobiegło tłum znad schodów.
Świadkiem tych słów była między innymi Kalira, która zmierzała w stronę świątyni. To nie pierwszy raz, kiedy jej uszu dobiegł ten fragment Słowa i Woli. Pamiętała, jak w dzieciństwie wykładano jej całość Największego Dzieła i wyjaśniano znaczenie każdego spisanego w nim wersetu. Wskazywano też właściwą interpretację i przestrzegano jednocześnie przed podszeptami zła, które mogą wykrzywić znaczenie całego tekstu.
Mijając zebrane tam osoby, patrzyła na poszczególne twarze. Każda z nich zdradzała pełne oddanie i zaangażowanie w sprawę Pradawnego. Nie ważne, czy odbiorca był wysoki i dobrze ubrany, czy przygarbiony i w podartych szatach – wszyscy bez wyjątku chłonęli każde wymawiane przez kaznodzieję słowo.
Gdy dotarła przed gigantyczne frontowe drzwi, wykonane z masywnych płyt drewnianych pozyskanych z ponad tysiącletnich pni, uklękła i pochyliła głowę. Wtedy podeszli do niej kapłani, położyli dłoń na jej głowie, a następnie otworzyli wrota.
W środku modły odmawiali inkwizytorzy, zakonnicy, klerycy i arystokracja. Żaden mieszczanin, który nie był zasłużony, nie miał prawa spoglądać w kierunku relikwiarza zawierającego zakonserwowaną prawą dłoń pierwszego kardynała, ani nawet przebywać w jego bliskim otoczeniu. Zebrani natomiast mogli go poczuć, bo wydzielał ciężki, metaliczny zapach, który w charakterystyczny sposób mieszał się z wonią kadzidła.
Kalira przeszła jednak bokiem nawy do drzwi z wyrytym napisem: Wskazujemy drogę ku prawdzie. Za nimi czekał na nią stary zakonnik odziany w szatę zasłaniającą twarz i rozmywającą kształt całej sylwetki. Kalira skinęła przed nim głową z szacunkiem.
— Córko, czy twoje ostrze jest czyste? — zapytał, wskazując na broń przypiętą do jej pasa.
— Nie, czcigodny. Klinga została zbrukana fałszem, kłamstwem i złą wolą. Przekazuję ci ją, abyś przegnał z niej całe zło i pobłogosławił na czas następnych wzniesień — odpowiedziała niepewnie Kalira.
Po krótkiej chwili ostrze trafiło do marmurowego naczynia z przezroczystym płynem. Wyglądało jak woda, ale na pewno nią nie było – nawet najbardziej węglowa i najtwardsza stal nie korodowała po zetknięciu z nim.
Zakonnik zaprowadził Kalirę do dużej, pustej sali, pośrodku której siedział mężczyzna w płaszczu i pełnej zbroi. Na głowie miał kaptur, a pod nim krył się hełm wykonany ze szczerego złota, na którym odciśnięto symbole dłoni krwią.
— Oto Hof Ras Maqadas, córko — rzekł zakonnik, po czym natychmiast wyszedł.
Pomieszczenie, w którym się znajdowali, było przytłaczająco duże, pozbawione źródeł światła w centrum. Łuna świec była widoczna, ale znajdowały się one tuż przy ścianach, co potęgowało efekt mroku.
Kalira padła na kolana i, będąc na nich, zmówiła modlitwę, jednocześnie podchodząc pod tron Hof Ras Maqadasa.
— Ja, Kalira, uniżona służka woli Pradawnego, dokonałam wzniesienia ku prawdzie trzech zbłądzonych. Swoje serce zachowałam czyste w cnocie. Nie zbłądziłam myślą ani czynem. Przysięgam.
Słysząc te słowa, naczelnik wstał, podszedł do niej i – tak jak wcześniej zakonnicy – położył na jej głowie swoją dłoń.
— Córko, widzę cię tutaj pierwszy raz – to dobrze. Wiemy, że jesteś godnym egzekutorem woli Pradawnego. Obserwowaliśmy cię od dłuższego czasu. Jesteś inteligentna, pojętna, masz umiejętności i wiedzę. Sprawnie też posługujesz się ostrzem.
— Dziękuję, naczelniku — odparła drżącym głosem Kalira.
Poczuła w swojej esencji spływającą na nią błogość. Nigdy wcześniej nikt jej tak nie docenił, a przynajmniej nikt tak ważny. Miała wrażenie, że to sam Pradawny ją chwali. Czuła w tym momencie niemal namacalnie jego obecność.
— Mimo wszystko chcielibyśmy bliżej sprawdzić twoje oddanie sprawie — powiedział mężczyzna w złotym hełmie. — Jakiś czas temu złapaliśmy pewnego grzesznika i od tej pory trzymamy go tutaj na naukach. Chcemy dać mu szansę na zjednanie się z Pradawnym poprzez odpowiednią pokutę — kontynuował.
Kalira przyglądała mu się z zaciekawieniem.
— Twoim zadaniem nie będzie nic trudnego ani wymagającego. Musisz po prostu z nim porozmawiać, zrozumieć go i nastawić adekwatnie do czynu — mówił. — Nazywa się Kharev. Teraz jest w podziemiach. Odźwierny zaprowadzi cię do niego — dodał. — Ufamy, że wszystko pójdzie gładko, bez jakichkolwiek wahań.
Kalira podniosła się z kolan, a zakapturzony zakonnik wyprowadził ją z pomieszczenia.
Kolejna sala była również duża, ale już nie pusta. W rzędach przy dużych stołach siedzieli zakonnicy. Po drugiej stronie każdego z nich stała kolejka członków Pomniejszej Inkwizycji. Z tego, co podsłuchała, to tutaj składano raporty i wyjaśnienia z operacji inkwizycyjnych.
Było to sprawnie prowadzone i wydajne, przypominało pracę przedstawicieli arystokracji, a nie typową działalność kleru i inkwizytorów. Nie do końca zgadzało się to z wyobrażeniami Kaliry o realnym funkcjonowaniu Kościoła.
Będąc tam, czuła się bardzo nieswojo. To było dla niej rzadkie uczucie – zazwyczaj wszystko było jasne, pewne, prawie oczywiste. Tutaj tak nie było. Musiała stłumić to uczucie, bo każde zawahanie się to zagrożenie dla wiary. Wiedziała o tym doskonale, a mimo to ono nie ustępowało. Dodatkowo spojrzenia wyrażające pewnego rodzaju pogardę, które łapała sporadycznie mijając stoły urzędników, potęgowały poczucie niepokoju. Podświadomie wiedziała, że coś się wydarzy.
— Czy to ty jesteś Kharev? — zapytała Kalira po wejściu do niedużego pokoju.
Mężczyzna, wyraźnie przerażony obecnością innej osoby, szybko przysunął się do ściany. Światło świec padające na jego twarz podkreślało liczne siniaki, rany i blizny.
— Co było twoim grzechem? — dopytała bezpośrednio Kalira.
Zamiast odpowiedzi otrzymała ciszę. Oczy rozmówcy panicznie rozglądały się po pokoju, a raczej celi. Gdy Kalira wykonała trzy kroki w jego kierunku, on zaczął mówić.
— Sam tego nawet nie rozumiem — odpowiedział prawie krzycząc.
— Znasz Słowo Pradawnego?
— Znam i stosuję. Przysięgam!
— To musisz wiedzieć, jaki jest twój grzech.
— Inni inkwizytorzy twierdzą, że zniszczyłem porządek społeczny — wydusił nerwowo.
— O, a jednak coś wiesz. To dobrze. Opowiedz szczegółowo, o co cię oskarżają. Nic nie pomijaj, bo to ode mnie zależy twój los — mówiła, jednocześnie zauważając, że w jej głowie wciąż rezonuje pochwała od inkwizytora.
— Pani, co to zmieni? Mój los i tak jest przesądzony. Albo tu umrę, albo mnie zabijecie — powiedział, patrząc w ziemię.
— Nie bluźnij, tylko mów — podkreśliła Kalira. — Inkwizytor dał mi wolną rękę. Mów, a dam ci lżejszą pokutę.
— Dobrze… A więc tak… Jestem piekarzem. Robię chleb dla naszych wyznawców. Miesiąc temu okazało się, że dostawa mąki nie dotarła, bo wóz, którym ją transportowano… coś się z nim stało. Nie było więc materiału, z którego mógłbym piec. Nie zarabiałem na siebie ani na czynsz…
— Byłeś w świątyni? Wytłumaczyłeś sytuację?
— Tak, tłumaczyłem. Kazali mi wstrzymać piece i czekać na zaopatrzenie.
— Dokąd to zmierza? Czemu cię zatrzymali, skoro nie za to? Co tu robisz? — odpowiedziała lekko poirytowana Kalira.
— Dwa dni po uzyskaniu decyzji od kleru przyszedł do mnie człowiek. Powiedział, że jego rodzina głoduje. Poprosił o posiłek. Upiekłem mu kilka bułek z własnych zapasów, odbierając je sobie od ust — powiedział smutno. — Nie zrobiłem nic złego. Nie powinienem tu być. Nie zasłużyłem…
Historia Khareva wzbudziła w Kalirze ziarno współczucia. Jednak wpojone prawa były dla niej silniejszym głosem.
— Musisz odpokutować.
— Jestem tu zamknięty. Czy to nie jest wystarczająca pokuta?
— Za to, co zrobiłeś i za to, że dalej nie rozumiesz swojego błędu, powinniśmy pozbawić cię dachu i kontaktu z rodziną. To byłaby właściwa pokuta.
Kalira wyszła z sali. Pod drzwiami czekał zakonnik.
— Jaka decyzja, córko? — zapytał z nutą podejrzliwości.
— Panie, proszę daj mi chwilę.
— Miałaś odpowiedni trening. Co podpowiada ci głos Pradawnego?
— Uważam, że Kharev już odpokutował swoją winę. Teraz powinniśmy pilnować, czy znów nie sprzeniewierzy się Słowu.
Zakonnik wyczuł niepewność w głosie Kaliry.
— Wiem, że nie do końca zdaje sobie sprawę ze szkodliwości własnego czynu, ale jednocześnie uważam, że zasługuje na kolejną szansę, a jeśli nie na szansę, to na próbę — dodała.
— Już wszystko rozumiem — wypowiedział zakonnik, a słowa te dogłębnie dotknęły Kalirę.
— Słucham?
— Popełniłaś błąd.
— Jaki? — zapytała lekko przestraszona. Wiedziała, że nie powinna pytać ani mówić zbyt wiele. Kolejna pomyłka mogła oznaczać dużo gorszą pokutę.
— Popełniłaś ten sam grzech co Kharev. Oderwałaś swój osąd od woli Pradawnego.
Kalira zaniemówiła, jej oddech mimowolnie przyspieszył, źrenice się rozszerzyły. Niemal nie mogła uwierzyć, że to, co słyszy, jest rzeczywiste. Przez sekundę słowa te zdawały się odbijać w jej esencji jak echo w studni. — Jestem heretyczką — mignęła jej myśl.
— Spokojnie. Dostaniesz jeszcze swoją szansę. W ramach pokuty napraw swój błąd — wypowiedział zakonnik, podając Kalirze sztylet.
Lekko sparaliżowana nie wiedziała, czy to kolejny test, czy rzeczywistość. Instynktownie podjęła ostrze z jego rąk, po czym weszła do pomieszczenia, z którego po chwili rozległy się krzyki i błagania Khareva.
— To ty jesteś heretykiem! — wykrzyczała w myślach.
Jej dłoń pracowała ciężej niż zazwyczaj. Wyczuwalny był opór i drżenie. Nie było w jej ruchach ani precyzji, ani finezji. Jej oczy zdawały się nie widzieć tego, co właśnie robi.
Po wszystkim zakonnik bez zmiany ekspresji odebrał od niej swoją własność. Razem wyszli z katedry, przechodząc przez tę samą salę pełną biurek i pracujących przedstawicieli kościelnej administracji. Kalira tym razem zwróciła uwagę na niemal perfekcyjny ład i symetrię panującą w pomieszczeniu.
Komentarze
Prześlij komentarz