Dusza w zamian za bochenek

 Zakapturzony mężczyzna szedł jedną z węższych uliczek Sawafiru. Jego postać była lekko podkurczona, co mogło sugerować, że niósł coś ważnego. O tej porze dnia ulice były pełne ludzi wracających do swoich gniazd. Większość mijanych przechodniów miała czarne twarze od przebywania całymi dniami w podziemiach miasta.

— Dzisiaj z chłopakami załadowaliśmy z 15 furgonów węgla — doszedł go głos gdzieś z tłumu.

— My na południu wydobyliśmy dzisiaj tylko 9 — odpowiedział mu inny.

— Nadzorcy na pewno nie byli zadowoleni. Nałożono na was jakąś pokutę?

— Nie, na szczęście nie. Po prostu jakaś nowa grupa bezwolnych do nas trafiła i jeszcze nie poznali tutejszych trudów. Więc tylko kilku z nich zostało po posłudze na nastawianie – jutro będą znacznie bardziej wydajni.

Mimo, że temat rozpoczęty przez robotników bardzo zainteresował Alvahira, to ten zbliżajac się do celu, odbił w prawo w bramę wejściową do starego zniszczonego, ale ciągle zamieszkanego, budynku.
Stuknął wyraźnie trzy razy w drzwi. Po chwili otworzył je młody chłopak w brudnej lnianej tunice.

— Masz? — zapytał.

— Oczywiście.

— Jesteś sam?

— Tak jak zawsze.

— Dobrze, to wchodź.
Gdy Alvahir wszedł do środka rzucił mu się od razu w nozdrza zapach wilgoci i pleśni. Powstrzymując oddech przeszli razem długim korytarzem aż do małego pokoiku pozbawionego drzwi. W środku znajdowało się wyrko, a obok niego kufer i stolik z dwoma obdartymi taboretami.

— Siadaj Al — powiedział, po czym wyciągnął z szafy plik luźnych kart brzozowych.

— Jak się trzymasz Yarbek? Niedawno chyba wypuścili cię z karceru, tak?

— Daj spokój Al. To już było z miesiąc temu. Inkwizytor stwierdził, że lepiej będzie, że za taką drobną kradzież lepiej będzie, jak przez najbliższe dwa księżyce będę dłużej pełnił codzienną służbę i gorliwie się modlił.

— To powiem ci, że Pradawny ma cię w swojej opiece. Musisz być naprawdę jego ulubieńcem, skoro po raz kolejny darowali Ci twoje występki.

— Dobra, starczy tego — rzekł Yarbek jednocześnie kładąc na stole coś, co przy bliższym spojrzeniu okazało się jakimiś zapiskami. — Mam co chciałeś i zaznaczam – nie łatwo było je zdobyć.
Alvahir w odpowiedzi wyciągnął zza pazuchy świeżo wypieczony solidnych rozmiarów bochen chleba i położył go na stole.

— Przepiękny — skomentował Yarbek. — Co to za ziarna na górze?

— Słonecznik. Mam nadzieję, że to jest odpowiednia nagroda za twój wysiłek.

— Nikt mi nie uwierzy, że jadłem coś takiego — odpowiedział wyraźnie podekscytowany.

— Zawsze możesz się podzielić z lokatorami.

— Nie wydaje mi się, żeby docenili taki podarek. Poza tym, lepiej nie przyciągać do siebie wścibskich oczu.
Alvahir w tym czasie zainteresował się leżącymi przed nim kartami. Jednocześnie upewnił się, że siedzi w taki sposób, aby żaden przechodzień nie widział przez futrynę pozbawioną drzwi, co ogląda.

— Co tam jest napisane? — zapytał wyraźnie zaciekawiony Yarbek.

— Oh mój drogi, trzeba było nauczyć się czytać — zaśmiał się Alvahir.

— To wcale nie jest śmieszne. Przecież wiesz, że dla kogoś takiego jak ja, prawie nie ma żadnych możliwości, by znaleźć chętnego do dzielenia się wiedzą skrybę, ani tym bardziej doświadczonego kronikarza.

— To poezja — odpowiedział uśmiechając się szczerze do Yarbeka.

— To jest coś takiego jak te raporty, które ci ostatnio załatwiałem?

— Nie, to coś bardziej ludzkiego. Tamte dokumenty potrzebowałem do moich badań. To tutaj ma bardziej osobistą naturę.

— Coś w stylu psalmów?

— Nie, bardziej przyziemne. Czekaj chwilkę, to przeczytam ci fragment — Alvahir sam jeszcze nie potrafił płynnie czytać na bieżąco, więc przez chwilę w ciszy musiał zapoznać się z tekstem.

W pokoju zapanowało pełne oczekiwania napięcie, które przerwał Alvahir recytując:

Gdy otwieram oczy widzę trud braci moich.
Patrzę na blizny, nie znam też i rąk swoich.
To w imię czego? Bo dnia jest za mało,
by cieszyć się sobą, czasu nie stało.
Chciałbym choć raz w słońcu się kąpać,
z bliską osobą boso po trawie stąpać,
czytać i szukać tej jedynej chwili,
by istnieć beztrosko wśród pięknych motyli.

— Kto to napisał? — zapytał Yarbek.

— Tu możesz się zaskoczyć, bo to tekst rolnika niejakiego Fenmaara spod Sawafiru, który nauczył się czytać dopiero w wieku trzydziestu lat, a gdy osiągnął ich czterdzieści, to nie tylko nauczył się pisać, ale też i przelewać swoje wewnętrzne podszepty na papier.

Po reakcji Yarbeka można było zauważyć pewną nutę zazdrości, a na pewno swoją mimiką wyrażał, że jest pod wrażeniem.

— Patrząc na zastosowane proste rymy, jak na przykład to połączenie moich i swoich, pokazuje, że autor nie był profesjonalistą, a pisał prosto z serca. To dodaje pewnej dodatkowej głębi, bo wiesz Yarbeku, gdy jesteś arystokratą, lub zakonnikiem, który całe życie zajmuje się badaniem tekstów, to łatwo jest ci skupiać się na technice. Ale to właśnie ta imperfekcja, widoczna w pracach Fenmaara, pokazuje prawdziwą szczerość i duszę — dodał Alvahir.

— Aż ciężko uwierzyć, że mógłby naprawdę istnieć świat w którym to jest możliwe. to całe słońce, motyle i bieganie boso po trawie, to piękne, ale i nierealistyczne — odrzekł w przypływie głębi Yarbek. — Tak szczerze ci powiem, że mi się to nie podoba.

— Dlaczego?

— Uważam, że gdy żyjesz tak jak ja tutaj. W ciasnocie, smrodzie i wilgoci, gdy nie zawsze masz co włożyć do ust, gdy codziennie mierzysz się z bolesną suchością w ustach, to myślenie o tych rzeczach wszystko pogarsza.

Yarbek wyraził zaskakująco spójną myśl, co nie umknęło uwadze Alvahira, który to zarazem zasmucił się dołującym poglądem towarzysza.

— Poza tym, nie do końca wiem, czy powinniśmy myśleć w ten sposób. Mam dość kontaktów z inkwizytorami — dodał Yarbek. — Zamierzam ukroić sobie tego chleba. Też chcesz kromkę?

— Pewnie.

Gdy wspólnie zajadali się chlebem Alvahir dalej zgłębiał myśli poety-robotnika.

Chcieli bym czuł wielką miłość,
a czuję ból pleców.
Chciałem żyć w zgodzie z wami,
a żywię pogardę.
Chciałem budować domy i mury,
a buduję podziały.
Chciałem czytać poematy,
a czytam stare mity.
Chciałem spać pod gołym niebem,
a teraz nie śpię wcale.

— A tutaj za dużo jest gniewu — podsumował Yarbek. — To tylko udowadnia, że nie powinieneś tego czytać — dodał biorąc dużego gryza.

— Masz rację, ale zauważ, że widzimy tu pewną drogę, i to jest właśnie piękne w poezji.

— Raczej w herezji.

— Tak, a wracając, to jest właśnie piękne, że jasno widzimy zmianę w Fenmarze. Przeszedł od nadziei, z poprzedniego wiersza, do pogardy widocznej tutaj — wyjaśnił Alvahir. — Ciekawe, co go złamało…

— Algharra.

— Algharra — westchnął.

— Alvahir… Czy wiesz może co się z nim stało? Skąd w ogóle wiedziałeś skąd trzeba zwinąć karty Fenmaara?

— Wiem tyle, że zaginął. Pewnego dnia po prostu nie wrócił do domu. Jego żona wiedziała, że pisze, i co pisze, więc nie chciała, by rozeszła się informacja o tym, że jej mąż nie do końca żył w zgodzie ze Słowem i Wolą. Oddała je nielicencjonowanemu przechowawcy majątku, a od niego wpadły w twoje ręce.

— Myślisz, że nie żyje? 

— Myślę, że nie jego pierwszego porwała Algharra. Wiem natomiast jedno. W razie śmierci nie czeka go wzniesienie.

Rozmowa musiała ulec chwilowemu zawieszeniu, gdyż para lokatorów z sąsiednich pokoi przeszła korytarzem.

— Nie dobrze, że przeczytałeś to na głos — powiedział Yarbek.

— Wątpię, czy ktoś słyszał, a jak słyszał, to nie wierzę, że rozpowie. Jest to zbyt duże ryzyko. Póki im nie zagrażamy, to raczej będą cicho.

— No nie wiem. W każdym razie ja sam nie mam dużo do stracenia. Co innego ty. Już podejrzane jest, że taki arystokrata oddala się od kręgu Yadskorn. Być może wkrótce będziemy mogli podzielić się doświadczeniami z karceru — zaśmiał się Yarbek.

— Możliwe. Dziwię się, że jeszcze tam nigdy nie byłem. A tak naprawdę to ta myśl, że mogę tam trafić mnie trochę przeraża. Te całe nastawianie, na samą myśl mam ciarki — rzeczywiście Alvahirowi drgnęły włoski na całym ciele.

— Wiesz… my tu na dole mamy ciężkie życie. Sam zresztą widzisz, ale przynajmniej nikt z nas nie próbuję zaistnieć. Nie mamy wielkich interesów i wizji, za które zapłacilibyśmy krwią brata, tak jak to się robi u was — stwierdził Yarbek, patrząc się na swoje dłonie z lekką obawą, że ta wyrażona opinia może obrazić towarzysza.

Alvahir przez chwilę milczał, w odpowiedzi przenikliwie mierząc wzrokiem Yarbeka.

— Taaak… To prawda... Mnie przykładowo dobija samotność.

— Ciebie? Myślałem, że masz żonę i dzieci!

— Mam — westchnął — ale im nie ufam. Póki dopełniam wszystkie rytuały, to nie muszę się niczego obawiać. Ale też nie mam pewności, czy w sekundzie natchnienia, czy gorszego dnia, a może przy kłótni moja słabość nie zostanie odebrana jako grzech, a jak wiadomo – ten kto grzeszy winien dostać pokutę.

— Takie są zasady.

— Takie są zasady.

Chwilę po tym jak padły te słowa między ich nogami przebiegł mały wychudzony szczur.

— Paskudne stworzenie — stwierdził Alvahir.

— Próbuje przeżyć. Jak mi wszyscy. A co do tego właśnie, to wiesz, że i ja nie mogę ci obiecać, że cię nie wydam.

Alvahir milczał.

— To nie tak, że wstanę, któregoś razu i sporządzę na ciebie świadectwo grzechu. Po prostu jak mnie kiedyś złapią i przetrzymają, mogę chcieć odpokutować wydając innego niepokornego. Przy tym chcieć, to też duże słowo. Jest szansa, że nie będę miał wyjścia.

Alvahir wstał i nałożył swój płaszcz, przygotowując się do wyjścia.

— Dziękuję za ostrzeżenie przyjacielu, ale bardzo żałuję, że mi to powiedziałeś. Wolałbym nie wiedzieć i nie myśleć o tym.

— Przepraszam. Mam nadzieję, że wkrótce znowu cię zobaczę.

— Na pewno. A też cieszę się, że jeszcze żywisz jakąś nadzieję.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Noc na północy

Krwawa próba