Noc na północy

Jego buty były całkowicie przemoczone, a długi płaszcz oprócz tego jeszcze podarty, ale powoli i konsekwentnie przemierzał jedną z węższych odnóg Nahr AlSawafir. Ten odcinek był płytki do kolan, ale gęsty las i lekki dreszcz napięcia spowodowany powierzonym zadaniem potęgowały nawet i tę z pozoru niedużą trudność.

— Kurwa nic nie widzę przez tę mgłę — dobiegł go twardy, męski głos zza pleców.

— Zamknij się Selhar. Jeszcze nas usłyszą — nadeszła odpowiedź nakreślona miękkim kobiecym głosem. 

— Mam to gdzieś — usłyszą, nie usłyszą. I tak na tym odludziu pewnie nikogo innego tu nie ma, a tamtych i tak mamy zlikwidować, więc co to za różnica, czy śmierć nadejdzie z zaskoczenia, czy po chwili walki.

— Ma gigantyczne znaczenie Selhar — cicho odpowiedział z przodu kolumny Vorbis. — Jak którykolwiek z nich ucieknie, albo cokolwiek pójdzie nie tak i ktokolwiek cię rozpozna, to sam wiesz co się z tobą stanie. Po prostu nie bądź lekkomyślny i się skup. Jasne?

— Dobra dobra. To najprostsze zadanie od tygodni. Powinno być powierzone nowicjuszom, a nie nam — odrzekł Selhar. — Podaj mi dłoń — powiedział, niezgrabnie wdrapując się na brzeg.
Vorbis wciągnął go, po czym od razu kucnął w głębokich zaroślach.

— Patrzcie. Tam widać światło — wskazał przy tym na delikatną łunę widoczną przez gęstwinę w oddali. Na oko było to ze 100 – 150 metrów. — Okej. Zdejmijcie plecaki. Zostawimy je tutaj w krzakach. Tak samo zróbcie z płaszczami – będą tylko przeszkadzać w walce. I pamiętajcie o najważniejszym – nie bierzemy jeńców.

— Robi się — odpowiedzieli zgodnie Selhar i stojąca obok niego młoda dziewczyna.

Starali poruszać się bezgłośnie, zwracając uwagę na każdy patyk, liść i gałązkę pod ich stopami. Jedynie ocieranie się stalowych ostrzy o niektóre liście, mogło zdradzić ich obecność pośród flory. Jednak niewytrenowane w tym celu ucho zlewało te dźwięki z otaczającymi je odgłosami natury.

Po chwili znaleźli się wystarczająco blisko by określić, z czym dokładnie będą musieli się zmierzyć. Pozostając w objęciach roślinności zauważyli amatorsko zbudowany szałas. Nieopodal były widoczne improwizowane meble takie jak szafy i półki z patyków i liści. Przed budynkiem natomiast było widać coś na wzór małego składziku z nieokreśloną zawartością. Pomiędzy szałasem a składzikiem było ognisko przy którym rozmawiały trzy osoby.

— Myślicie, że to wszyscy? — zapytała kobieta.

— Możliwe — odpowiedział Vorbis. — Ktoś jeszcze może być w okolicy, no i nie mamy pewności przecież, czy nikogo nie ma w tym domku. Ciężko to stwierdzić z pewnością. Dlatego Kalira podejdź bliżej wejścia i pilnuj, czy nikt stamtąd nie wychodzi, a jak wyjdzie to wiesz co dalej. Nie wchodź do środka sama. Poczekaj, aż z Selharem zajmiemy się resztą — wydał polecenie Kalirze. — A my Selhar idziemy.

W lekkim przykucu, ale szybkim krokiem dotarli do nieświadomych ich obecności celów. Vorbis jednym ruchem ręki objął od tyłu jednego z nich i poderżnął mu gardło z precyzją wskazującą na wieloletnie ćwiczenie tej właśnie czynności. W tej samej chwili to samo uczynił Selhar. Trzeci mężczyzna tylko zauważył, co się właśnie stało, a na jego oku nagle zatrzymał się celnie wymierzony sztylet. Zanim wydobył z siebie jakikolwiek dźwięk, leżał już na ziemi.

Vorbis spojrzał na Kalirę i kiwnął głową. Jednocześnie pokazał Selharowi otwartą dłoń. Szybko podszedł do niej i wspólnie, z ostrzami skierowanymi ku wejściu, weszli do pomieszczenia. Nikogo w środku nie było.

Kalira zaczęła przeczesywać pokój. Znalazła malutkie zawiniątko schowane w rogu pomieszczenia pod stertą rupieci. — Vorbis mam. To jest to. Udało się nam — powiedziało pokazując mu triumfalnie niedużą kamienną figurkę.

— Dobrze, czyli mamy potwierdzenie, że byli heretykami. Chociaż tyle – odpowiedział chłodno. — Selhar zbierz ciała. Wrzucamy je do stodoły i oczyszczamy to miejsce – rozkazał.
Po chwili trójka zabójców stała wpatrując się w spektakl płomieni.

— Co to za figurka? – zapytała Kalira.

— Pewnie Patron. Herezja rozpleniła się na północy. Bezbożnicy nie chcą pracować ku chwale Pradawnego, więc zrobili jedyną rzecz, na którą pozwolił im ich mały umysł. Uciekli modląc się o lepsze życie pośród natury. Z tego co wiem, to ta figurka i inne tego typu mają chronić właścicieli przed tutejszą fauną, ale to jest oczywista bujda – wyjaśnił Vorbis.

— Dobrze, że zdechli. Totalni egoiści. Nie rozumieją, że uciekając, skazali swoich współwiernych na ograniczenie zasobów. Przecież wiedzieli, że praca musi być wykonana, czy to z nimi czy bez nich. Przecież zdawali sobie sprawę, że swoim odejściem wydali wyrok pokuty na swoich sąsiadów. Teraz ci biedni ludzie staną się mniej produktywni, a ich wiara może zostać zachwiana — dodał Selhar.

— Skoro już dogasają to zmówmy wszyscy litanię do śmierci i wracajmy — zakończył wątek Vorbis.
Przez chwilę byli cicho. Gdy dom zaczął dogasać, a po całym zamieszaniu został tylko smród palonych zwłok. Vorbis wraz z Selharem i Kalirą byli w drodze do metropolii Sawafir.

— Kalira posłuchaj mnie uważnie — powiedział Vorbis. — To była już twoja czternasta akcja. Twój trening się skończył, a wraz z nim taryfa ulgowa. Jesteś oficjalnym członkiem pomniejszej inkwizycji i od teraz, tak jak i my wszyscy, musisz składać świadectwo wykonanych powinności — dodał.

— Uchylisz mi rąbka tajemnicy? Co to znaczy? Jak to ma wyglądać? — zapytała spokojnie.

— Spotkasz się tam z którymś z naczelników Świętej Inkwizycji. Musisz odmówić Modlitwę Prawej Dłoni Pradawnego. Po czym powiedzieć – ja Kalira uniżona służka woli Pradawnego dokonałam wzniesienia ku prawdzie trzech zbłądzonych – po czym dodasz – swoje serce zachowałam czyste w cnocie. Nie zbłądziłam myślą, ani czynem. Przysięgam — wytłumaczył Vorbis.

— Musisz to zrobić na kolanach — wtrącił Selhar. — bo inaczej zgrzeszysz i Inkwizytor będzie musiał cię nastawić. A tego nie chcesz. Nastawianie nie należy do najprzyjemniejszych.

— Rozumiem. Postaram się nie zawieść — odparła Kalira.

— Dzisiaj na noc zatrzymamy się tutaj — powiedział Selhar wskazując palcem na płytki dół w ziemi, otoczony korzeniami, a ledwo widoczny z głównej drogi. — My z Vorbisem śpimy pierwsi. Ty jesteś na warcie. Pamiętaj by odmawiać pacierz. Zauważysz cokolwiek krzycz.

Wskoczyli równo z Vorbisem do dołka. Wyciągnęli z plecaków grube koce. Owinęli się nimi, a następnie przykryli się liśćmi tak, by być jak najmniej widocznymi. Kalira również wyciągnęła koc. Narzuciła go na siebie, kucnęła i modląc się w myślach obserwowała otaczający teren przez szparkę w kocu.

Minęła godzina… druga… trzecia. Nie działo się nic podejrzanego. Z oddali słychać było dziką zwierzynę, a co jakiś czas podmuch wiatru sprawiał, że myśli Kaliry wracały ku pacierzom. Była już zmęczona. Naprawdę zmęczona.

Nagle poczuła przenikliwy chłód na swojej szyi. Cała zdrętwiała.

— Miałaś chyba pilnować obozu — słowa padły przez zaciśnięte zęby. Ciężko było więc po głosie zidentyfikować ich autora.

Kalira spojrzała lekko w dół i zobaczyła znajomy kształt. Było to ostrze, które tego dnia widziała już w akcji.

— Selhar… ja… ja naprawdę przepraszam. Nawet nie zauważyłam kiedy straciłam czujność — powiedziała. Już planowała coś dodać, jakieś dalsze wyjaśnienie, ale przerwał jej Selhar.

— Ten błąd mógł cię kosztować życie. Nie zapominaj gdzie jesteśmy. Nie zapominaj, że wcale nie jesteśmy tu mile widziani. Nie zapominaj, że gościnność natury jest dla nas bardzo tymczasowa. I teraz najważniejsze – nie zapominaj ani na chwilę o swoim szkoleniu. To, że możesz z nami szukać grzeszników nie oznacza, że już jesteś w tym dobra, a już w ogóle nie oznacza, że jesteś nietykalna i bezpieczna.

— Przecież wiem — odpowiedziała drżącym głosem. Gdy wypowiadała te słowa poczuła, że ruch jej krtani przybliża ją do ostrza, które już dzisiaj zostało splamione heretycką posoką. Naprawdę i głęboko zrozumiała wtedy jak zgrzeszyła.

— Nie nie wiesz. Znasz to z kazań i z oficjalnych dokumentów. Znasz to z daleka, ale nie doświadczyłaś jeszcze na własnej skórze potęgi tego regionu. Jeszcze na tym etapie nie jesteś gotowa by w pełnym świetle stanąć twarzą w twarz z Pradawnym. Jeszcze nie wystarczająco oczyściłaś swoją duszę. Długa droga jest przed tobą zanim będziesz godna stanąć przed jego obliczem i też za krótko mu służyłaś — odpowiedział poirytowany. — A teraz idź spać. Już na nic dzisiaj się nie przydasz.

Kalira spojrzała w ziemię. Po chwili rzuciła krótkie — Przepraszam Selhar. Nie mów o mojej nieuwadze Vorbisowi. Proszę… Nie chcę go zawieść… — po czym owinęła się kocem i zasnęła.

Obudziło ją lekkie szturchnięcie. Był to Vorbis. Zarówno on jak i Selhar byli gotowi do dalszej drogi.

— Wstawaj Kalira. Przed nami jeszcze cztery dni marszu.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dusza w zamian za bochenek

Krwawa próba